Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Bogaty program Festiwalu Singera

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Bogaty program Festiwalu Singera

Trzynastka to dla ludzi przesądnych liczba podejrzana, która przynosi pecha. W niektórych hotelach pomija się tę numerację w pokojach, a nawet piętrach. O szczęśliwej „trzynastce” Festiwalu Singera pisze Tomasz Miłkowski.

Po dwunastym piętrze jest od razu czternaste. Ale w tradycji żydowskiej trzynastka to liczba raczej radosna – trzynastoletni chłopiec przeżywa rytuał bar micwy i wtedy staje się mężczyzną. „To wielkie święto i ważne wydarzenie w życiu młodego człowieka. Cała rodzina to czci”. Tak zapewniała Gołda Tencer, prezes fundacji Shalom podczas konferencji poprzedzającej tegoroczną edycję festiwalu „Warszawa Singera”. Bo właśnie już trzynasta to będzie edycja, ale nie ma powodu do niepokoju, pecha się nie boimy, zapewniała pani prezes, dobry duch opiekuńczy festiwalu.

I rzeczywiście, książeczka zawierająca informacje o programie festiwalu coraz bardziej puchnie z roku na rok i rojno w niej od zdarzeń niebanalnych, od naukowych konferencji, poprzez dyskusyjne panele, naukę tańca po rozkosze podniebienia, o które zadba Maciej Nowak. Plac Grzybowski i okolice, niekiedy dość odległe, tętnić będą kulturą żydowską, muzyką, pieśniami kantorów, jazzem, inkrustowane spektaklami, spotkaniami autorskimi, lekturami sławnych tekstów literatury jidisz w wykonaniu prawdziwych tuzów polskiej sceny, Janusza Gajosa i Olgierda Łukaszewicza, a nie zabraknie także miejskiej turystyki, w tym zwiedzania żydowskiej mykwy.

Słowem program bogaty, dla każdego coś atrakcyjnego. A jednak jest w tegorocznym festiwalu Singera kropla, ba, cała beczka goryczy. Bryła Teatru Żydowskiego otoczona została z kilku stron kratami, symbolicznie za kratami uwięziona, z ostrzeżeniami, że wszystko grozi zawaleniem, że katastrofa wisi w powietrzu. Że lada chwila ruina. Źle się to kojarzy. Rzecz osobliwa, bo wejście do Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w tym samym budynku pozostało otwarte… Tam się wali, a tu kwitnie. Na szczęście otwarte też pozostały drzwi do popularnego klubu Pardon To Tu, gdzie o wydarzeniach festiwalowych rozprawiano z nieskrywaną radością. Pewnie, że to boli, mówiła powściągliwie Gołda Tencer, zarządzająca nie tylko Fundacją, ale może przede wszystkim zakratowanym Teatrem Żydowskim, czasowo (mam nadzieję) bezdomnym. Tym razem drzwi do Teatru Żydowskiego będą zamknięte, a to znaczy, że serce festiwalu będzie tułacze. Nie chciała jednak Gołda Tencer rozprawiać o tym dziwnym pacie, jaki nastał po nagłym wygnaniu Teatru z jego siedziby. Wiadomo, że pat musi być rozwiązany, ale jak na razie brak informacji, w jaki sposób. Tymczasem możemy się cieszyć jak co roku pięknym festiwalem, prawdziwym świętem kultury żydowskiej, coraz silniej obecnej w życiu Warszawy, także za sprawą rewitalizacji okolic Teatru Żydowskiego, dzięki powstaniu licznych i modnych dzisiaj miejsc spotkań. To jeszcze nie jest corso, ale coraz bliżej do takiego miana temu magicznemu miejscu, gdzie już w kilkunastu barach, kawiarniach i restauracjach można smakować pyszne bajgle.

W tej trudnej sytuacji pospieszyli Teatrowi Żydowskiemu z pomocą koledzy i dyrektorzy innych warszawskich teatrów. Teatr Polski użyczył swojej dużej sceny na nietypowy spektakl Pawła Passiniego Matki. Opowiada o losach matek i ich dzieci, rozdzielonych zbrodniami Holocaustu. Aby ratować swoje dzieci od niechybnej, okrutnej śmierci, matki wyrzekały się swoich praw rodzicielskich, szukały matek zastępczych. Passini opowiada o tej tragedii poetycko, ale i całkiem zwyczajnie, tak jak się to czyni w gronie najbliższych, nie na pokaz. Tak przejmująco opisywała głęboką prostotę tego zdarzenia Grażyna Korzeniowska, dostrzegłszy wśród aktorów trójkę „cywilów”; dwie starsze kobiety i mężczyznę, siedzących na ławce, jak przybysze z innego świata. Z innego? Tak, z życia: „Starsi, współcześnie ubrani. Słuchają tych historii. Dotyczą ich. Przeżyli Holokaust dzięki miłości ich matek. Obu matek. Elżbieta Ficowska – srebrną łyżeczkę z datą swoich urodzin chroni jak talizman. Łączy ją z jej żydowską matką. Joanna Sobolewska-Pyz – nie ma kratki napisanej ręką jej matki, ale odnalazła jej zdjęcie. Romuald Jakub Weksler-Waszkinel spełnił oczekiwanie swojej żydowskiej matki, został tym, kim chciała, aby był, ale nie uronił miłości do tej, która kochała go jak własnego syna. To oni, biorąc do ręki mikrofon i powściągając emocje, otwierają przed widzami swoje serca. Zwierzają ułamki swojego życia. Te, które odcisnęły się w ich pamięci, które zmieniły jego bieg.

Cytują pytania, na które szukali odpowiedzi. Mówią o uczuciach, które najtrudniej było rozliczyć z samym sobą. I mówią o miłości”. Korzeniowska uważa, że to powinien być spektakl obowiązkowy dla tych wszystkich, którzy chcą zrozumieć najtragiczniejsze doświadczenie ludzkości. Teraz to można sprawdzić. Teatr Polski otworzył podwoje dla tego niezwykłego, poruszającego zdarzenia (bo właściwie nie spektaklu, ale czegoś znacznie więcej). Podobnie życzliwie swoje sceny udostępnił zespołowi teatru żydowskiego, ale także innym projektom teatralnym Teatr Kwadrat. Zagrany tu zostanie m.in „Eichmann” na postawie sztuki Rainera Lewandowskiego, przedstawienie austriackie, które wywołało w landzie Dolna Austria spore poruszenie. Sztuka oparta została na materiałach z przesłuchania byłego Obersturmbannführera SS Adolfa Eichmanna. Przesłuchanie, które prowadził kapitan izraelskiej policji, trwało niemal 275 godzin. Protokół sporządzony z tego przesłuchania liczy 3564 strony. Autor wybrał więc tylko nieliczne fragmenty, ale na tyle charakterystyczne, że, jak pisali recenzenci, „widać, w jaki sposób i co Adolf Eichmann zeznaje”.

Byłby to niemal teatr faktu, gdyby nie pewien szczególny zabieg autora. Otóż zeznaniom Eichmanna towarzyszy chór, który podważa jego słowa, „jest koszmarem, który go ściga”. Jeszcze inne spojrzenie na Holocaust poprzez marzenie o wolności i miłości, kiedy będzie już po wszystkim, kiedy już nie będzie wojny, kiedy czas zbrodni minie, przyniesie koncert „Coś przyjdzie: miłość lub wojna”, jeden z punktów mocnego programu Singer Jazz Festival. Na koncert złożą się pieśni Leny Piękniewskiej do muzyki Pawła Skorupki oparte na poezji młodych autorów, w większości jeszcze dzieci żydowskich, zapisujących swoje marzenia w płonącym getcie. Wspaniały przekaz siły tych, którzy mogli się przeciwstawiać wszech ogarniającemu złu tylko marzeniem. Piękniewska i jej koncert to tylko jeden z przykładów uczt muzycznych, wśród których trzeba koniecznie wymienić koncert jubileuszowy wybitnego kompozytora i wirtuoza Włodzimierza Nahornego i niedzielny koncert (28 sierpnia) kantorów w Synagodze Nożyków przy ulicy Twardej. Koncert kantoralny to już tradycja festiwalu Singera. Jak zawsze wezmą w nim udział najwięksi mistrzowie: Nezion Miller, Yaakow Lemmer (były uczeń Millera), Tzudik Greenwald i Menachem Bristowski. O biletach czy zaproszeniach od dawna już nie ma co marzyć, ale jest pewna pociecha. Jak zwykle okna synagogi zostaną uchylone i zgromadzona wokół publiczność też będzie mogła wysłuchać koncertu. Tak już bywało podczas poprzednich edycji festiwalu. Doprawdy będzie czego słuchać, co oglądać, o czym rozmawiać. Piękny festiwal. Niechaj więc trwa i owocuje. Już od lat wrósł w warszawski pejzaż tak silnie, że na ten jeden tydzień zasłoni wstyd, jaki budzi okratowane wejście do Teatru Żydowskiego.

TOMASZ MIŁKOWSKI

Artykuł ukazał się w „Dzienniku Trybuna”

Pozostaw swój komentarz

<

PRZYSZŁOŚĆ DEMOKRACJI #EuropeanTownHall Meeting 2018

Odwiedź nas

twitter

POLECAMY