Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Michał Syska: PiS w jednej eurogrupie z PO? To ma sens

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Michał Syska: PiS w jednej eurogrupie z PO? To ma sens

Różnice między PiS a PO w kwestiach europejskich mają wymiar przede wszystkim retoryczno – symboliczny. Obie partie mają podobną wizję kształtu unijnej wspólnoty.

Środowa „Gazeta Wyborcza” informuje, że politycy Prawa i Sprawiedliwości czynią dyplomatyczne starania o członkostwo w Europejskiej Partii Ludowej. W jej skład wchodzą największe ugrupowania centroprawicy z niemiecką CDU na czele. Polskę reprezentują w tej frakcji PO i PSL.

Przynależność partii Kaczyńskiego do EPL nie byłaby niczym egzotycznym, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że do tej frakcji należy Fidesz Viktora Orbana. Ponadto w kwestii przyszłości Unii PiS niewiele różni się od Platformy.

Im mniejsze różnice ideowe pomiędzy stronami politycznego konfliktu, tym bardziej teatralne i retorycznie brutalne muszą być formy partyjnej rywalizacji. Doświadczamy tego od 2005 roku, gdy PiS i Platforma po okresie uzasadnianej programową bliskością współpracy i zapowiedziach rządowej koalicji rozpoczęły walkę na śmierć i życie. Ważnym polem retorycznej konfrontacji obu ugrupowań są sprawy europejskie. PO mobilizuje swych zwolenników prounijnym przekazem, PiS z kolei przedstawia się wyborcom jako obrońca polskiej suwerenności przed „brukselskimi elitami”. Gdy jednak przyjrzeć się realnym działaniom partii Kaczyńskiego i Schetyny, zobaczymy, że w kluczowych dla przetrwania Unii kwestiach ugrupowania te mówią jednym głosem. Przykładem tego jest ostatnie głosowanie w Parlamencie Europejskim nad rewizją dyrektywy dotyczącej pracowników delegowanych. Chodzi o 2,3 mln osób, które są delegowane przez pracodawcę do wykonywania pracy w innym państwie członkowskim UE. 29 maja br. eurodeputowani uchwalili, że pracownicy tacy muszą otrzymywać wynagrodzenie na tym samym poziomie, co ich koledzy z kraju przyjmującego. Pracodawca nie będzie też mógł potrącać z pensji zatrudnionego, którego wysyła za granicę, kosztów jego noclegów i wyżywienia. Od teraz będzie musiał je pokryć z własnej kieszeni.

 

POPiS przeciw pracownikom

 

Przyjęta przez europarlament zmiana to mały krok w stronę Europy socjalnej, dbającej o standardy pracownicze i społeczne. Bez kursu na harmonizację podatków oraz  polityk społecznych i gospodarczych w ramach całej UE trudno sobie wyobrazić powstrzymanie słabnącej legitymizacji projektu europejskiej integracji ze strony obywatelek i obywateli, zwłaszcza z zachodniej części kontynentu. Konkurencja pomiędzy poszczególnymi krajami, która polega na obniżaniu standardów socjalnych, budzi niezadowolenie, frustrację i wzrost nastrojów antyimigranckich. Politycznymi beneficjentami liberalizacji rynków pracy i usług stają się więc prawicowi, antyeuropejscy populiści w rodzaju Marine Le Pen.

PiS i PO zgodnie opowiedziało się przeciw opisywanym tu zmianom (część europosłów Platformy zagłosowała za propracowniczą rewizją dyrektywy przez pomyłkę). Według polityków tych partii równe wynagradzanie Kowalskiego i Schmidta za tę samą pracą wykonywaną w tym samym miejscu uderzy w polską przedsiębiorczość, która w Unii opiera się na oferowaniu taniej siły roboczej. Interes kraju nie jest utożsamiany z jakością życia Kowalskiego, lecz z zyskami jego szefów. W perspektywie tej nie mieści się rachuba, że tego typu forma konkurencji na dłuższą metę rozsadzi Unię, a pana Schmidta, jego kolegów i pracodawców wepchnie w ręce nacjonalistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD).

 

Europa równająca standardami socjalnymi w dół 

 

„Tożsamość narodowa, religia, styl życia, moralność publiczna i stawki podatku dochodowego od osób prawnych i podatku VAT oraz wszystko to, co za tym idzie, powinny zawsze pozostać w gestii państw. Nasza jedność nie ucierpi na różnicach w godzinach pracy lub zapisach prawa rodzinnego” – mówił Radosław Sikorski w Niemieckim Towarzystwie Polityki Zagranicznej 28 listopada 2011 roku. Tamto przemówienie ówczesnego szefa dyplomacji w rządzie PO – PSL wzbudziło entuzjazm wśród liberalnych elit w Polsce, bo znalazł się w nim postulat wzmocnienia Komisji i Parlamentu Europejskiego oraz apel do Niemiec o objęcie silnego przywództwa na kontynencie. Mniej uwagi zwrócono na zaprezentowaną przez Sikorskiego wizję Europy stojącej na straży dyscypliny budżetowej (czyli aplikującej politykę cięć socjalnych), będącej obszarem konkurencji między państwami polegającej na równaniu w dół pod względem płac i podatków oraz nieingerującej w krajowe regulacje dotyczące praw człowieka (np. związków jednopłciowych).

Beata Szydło podczas wizyty w Bratysławie w październiku 2017 roku zaprezentowała podobną wizję Unii.  „Zasady rynku wspólnotowego nie mogą być dyktowane przez kraje, które tracą konkurencyjność z powodu braku reform strukturalnych rynku pracy” – mówiła szefowa rządu PiS. Pod pojęciem reform ówczesna premier zapewne rozumiała zastąpienie stabilnych, dobrze płatnych miejsc pracy, zatrudnieniem śmieciowym. Szydło opowiedziała się za liberalizacją sektora usług i sprzeciwiła się próbom harmonizacji polityk społecznych i rynku pracy mówiąc: „Dziś musimy przeciwstawić się fali protekcjonizmu także w samej Unii Europejskiej, a nawet w samej Komisji”.

 

Podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy

 

Europejska polityka PiS stoi w sprzeczności z krajowym wizerunkiem tej partii jako formacji socjalnej i zabiegającej o poprawę warunków pracy zwykłych ludzi. Z kolei proeuropejskość PO polega jedynie na obronie członkostwa Polski w Unii. Formacja ta nie ma nic ciekawego do powiedzenia na temat przyszłości przeżywającej głęboki kryzys Wspólnoty. Od naszej akcesji do UE w 2004 roku rodzima klasa polityczna traktuje członkostwo w unijnej rodzinie jedynie jako narzędzie do pozyskiwania kasy. Każdy kolejny wyjazd premiera RP na brukselski szczyt opisywany jest batalistycznym językiem jako bitwa o polskie interesy. Ilustracją infantylnej formy tego rodzaju polityki był Kazimierz Marcinkiewicz wykrzykujący po budżetowych negocjacjach „Yes! Yes! Yes!” oraz Donald Tusk krojący tort z wykonanymi z lukru banknotami euro. Elity polityczne obu głównych sił politycznych wydają się nie przejmować faktem, że bez kontestowanych przez nich głębokich reform UE dalsze „wyciskanie brukselki” stanie się niemożliwe. Z powodu nieodpowiedniej uprawy po prostu zgnije.

MICHAŁ SYSKA

 

2 komentarze

  1. realista 22:29, Maj 07, 2019

    jakieś dziwne wnioski pan wyciąga z faktu przyjętej zmiany odnośnie pracowników delegowanych twierdząc, że urzędowe podniesienie wynagrodzenia będzie bezwarunkowo korzystne dla pracowników. Otóż faktycznie zmiana ta obliguje do dokonania nowej kalkulacji przez przedsiębiorców kraju przyjmującego i odpowiedzi na pytanie: czy zechcą zapłacić za pracę pracownika delegowanego tyle ile zapłaciliby za pracę pracownika miejscowego. A zdaje się, że nawet więcej bo będą musieli pokryć też diety dla pracowników delegowanych. Odpowiedź wg. mnie jest jedna: nie będą chcieli zapłacić, więc nie zatrudnią, więc nie będzie tylu pracowników delegowanych co obecnie, więc wielu dzisiaj w ten sposób zatrudnionych straci pracę. Korzyść dla Polski może będzie taka, że wielu z obecnie delegowanych pracowników zasili polski rynek pracy, który przecież odczuwa brak rąk do pracy.

  2. Radosław S. Czarnecki 09:47, Cze 06, 2018

    POPiS wiecznie żywy. No i gdzie są nadwislanscy krytycy tzw. „symetryzmu” ?

Pozostaw swój komentarz

<

PRZYSZŁOŚĆ DEMOKRACJI #EuropeanTownHall Meeting 2018

Odwiedź nas

twitter

POLECAMY