Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Obywatel Snowden

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Obywatel Snowden

Oliver Stone przedstawia pierwszą fabularną mikrobiografię Edwarda Snowdena. Recenzja Marka Nowaka.

Oliver Stone przedstawia pierwszą fabularną mikrobiografię Edwarda Snowdena. Najnowszy obraz twórcy „Urodzonego 4 lipca” podzielił widzów i krytyków w Polsce. Z pewnością widzowie, którzy liczyli na zapierający dech w piersiach thriller o kulisach afery z największym w historii wyciekiem tajnych danych, mogą czuć się filmem rozczarowani. Czy to jednak znaczy, że najnowszy obraz Stone’a jest filmem złym?

Przestroga Coppoli

W jednej z najlepszych scen wybitego filmu Francisa Forda Coppoli „Rozmowa” z 1974 roku Harry Caul (świetna rola Gena Hackmana), ekspert od podsłuchów będąc w swoim domu odbiera telefon. W słuchawce słyszy: „Wiemy, że pan wie, panie Caul. Dla własnego dobra proszę się w to dalej nie angażować. Będziemy pana obserwować”. Następnie widzimy, jak bohater niczym w amoku przetrząsa swój dom w poszukiwaniu podsłuchu. Rozbiera na części pierwsze telefon, zdejmuje żyrandol, niszczy meble, zrywa tynk ze ścian oraz listwy z podłogi. Obraz bohatera siedzącego na środku zniszczonego mieszkania jest zarazem obrazem zaszczucia, jak i gorzką metaforą samotności człowieka w świecie zniszczonym przez powszechną inwigilację. Coppola doskonale wie, że jedną z największych obaw współczesnego człowieka jest lęk przed ingerencją w prywatność, dlatego mimo upływu lat jego film w dalszym ciągu przeraża.

Wielka inwigilacja

Przerażenie jest dziś tym większe, że świat z filmu Coppoli – czyli taki w którym bezbronna jednostka żyje w państwie kontrolującym obywateli i ograniczającym ich wolność, jest obecnie światem prawdziwym. Mieliśmy okazję się o tym przekonać w 2013 roku. Wtedy to w pokoju hotelowym w centrum Hongkongu 29-letni (wówczas) były pracownik CIA, Edward Snowden, przekazał dziennikom „Guardian” i „Washington Post” informacje o szeroko zakrojonej inwigilacji elektronicznej prowadzonej przez NSA za pomocą programu PRISM (pryzmat). Program uruchomiony pod koniec rządów George’a W. Busha i znacznie rozbudowany za Baracka Obamy, umożliwiał inwigilację internetu – maili, czatów, plików wideo, rozmów telefonicznych itd. Choć celem programu było zwalczanie terroryzmu, to za jego pomocą amerykańska administracja i NSA szpiegowały (i zapewne dalej szpiegują) ludzi na całym świecie – bez względu na to, czy ktoś jest podejrzany o terroryzm, czy też nie. Totalna inwigilacja była możliwa, bo NSA miała dostęp do serwerów takich gigantów, jak: Google, Facebook, Twitter, AOL czy YouTube. Choć wspomniane firmy zaprzeczyły, by w niej uczestniczyły, to jednak materiały przedstawione przez Snowdena nie pozostawiają w tej sprawie wątpliwości.

Z nagranych we wspomnianym hotelu rozmów między Snowdenem a trójką dziennikarzy powstał nagrodzony Oskarem film dokumentalny „Citizenfour”. Słynny wywiad jest również momentem, z którego Oliver Stone czyni oś narracyjną dla swojego najnowszego filmu będącego pierwszą filmową biografią najbardziej znanego na świecie whistleblowera.

Opowieść o prawdziwym człowieku

Choć pojawiają się zarzuty, że film Stone’a jest na poziomie fabularnym podróbką „Citizenfour”, to nie wydają mi się one słusznie. Owszem, sam punkt wyjście i duża część fabularnych zdarzeń faktycznie się pokrywają, jednak oba filmy w sposób istotny różnią się intencjami ich twórców. Laurę Poitras najbardziej interesowało to, co były pracownik CIA miał do powiedzenia, Olivera Stone’a bardziej od ujawnionych informacji interesuje sama postać Edwarda Snowdena. Twórca „Nixona” i „JFK” stara się znaleźć odpowiedź na pytanie, kim jest ten były pracownik służb specjalnych, który postanowił zdradzić swój kraj ujawniając ściśle tajne informacje oraz dlaczego zdecydował się na tak desperacki krok? Dlatego historię, którą znamy z dokumentu Laury Poitras Stone zaczyna wcześniej – od szkolenia i wypadku w wojskowych koszarach, który ostatecznie przekreślił karierę Snowdena w Siłach Specjalnych. Będąc w szpitalu, bohater dowiedział się, że można pomagać swojemu krajowi na wiele różnych sposobów. Tak oto niedoszły komandos trafia najpierw do szkoły dla przyszłych agentów, a następnie w szeregi CIA.

Choć widzowie nie zapoznani wcześniej ze „sprawą Snowdena” wyjdą z kina wyposażeni w garść istotnych informacji, to nie one są dla Stone’a najważniejsze. 70-letni reżyser chce przede wszystkim opowiedzieć historię człowieka, który znalazł się w pułapce. W ujęciu twórcy „Plutonu” Snowden nie jest żadnym pozbawionym wewnętrznych rozterek herosem. To młody konserwatywny chłopak, który kocha swój kraj i chce mu służyć. Kocha też bardzo swoją dziewczynę, Lindsay Mills (Shailene Woodley) i pragnie z nią spokojnego życia. Gdy jednak poznaje prawdę o powszechnej inwigilacji, wewnętrzny imperatyw moralny nakazuje mu nie być biernym. Grający główną rolę Joseph Gordon Levitt stanął na wyżynach aktorskich możliwości. Nie tylko upodobnił się fizycznie do granego przez siebie bohatera – poza podobieństwem fizycznym gestykulował, poruszał się i brzmiał niemal tak samo jak słynny sygnalista, lecz także w wiarygodny sposób przedstawił dramat człowieka wewnętrznie rozdartego między chęcią normalnego życia a narastającym w nim gniewem wynikającym z faktu, że w świecie, który pomógł budować, ktoś stale przesuwa granice.

Z pozostałej części obsady dobrze prezentuje się Nicolas Cage w roli Hanka Forrestera (mentora głównego bohatera). Aktor, który często zmienia swoje role w niezamierzony pastisz, tym razem stworzył postać ciekawą i niejednoznaczną. Nieźle również wypada Ryls Ifans w roli Corbina O’Briana, zwierzchnika głównego bohatera. To między nim a Snowdenem toczy się w filmie najwięcej dyskusji o charakterze etycznym. W jednej ze scen O’Brian przekonuje, że „większość Amerykanów nie chce wolności, lecz bezpieczeństwa – to prosty układ”. Snowden odpowiada na to: ”ale ludzie nie wiedzą, że zgodzili się na taki właśnie układ”.

Sprawa Snowdena

Tu dochodzimy do istoty sporu. Snowden powiedział o sobie w 2013 roku: „Nie jestem ani bohaterem, ani zdrajcą”. Tymczasem rytualny spór pt. „bohater, czy zdrajca?” trwa do dziś. Twórca jednego z największych wycieków danych był kilkukrotnie nominowany do Pokojowej Nagrody Nobla. Otrzymał również nominację do Nagrody Sacharowa, którą przyznaje się osobom szczególnie zasłużonym w walce na rzecz praw człowieka. Co więcej, Sąd Apelacyjny USA uznał w 2015 roku, że program NSA jest niezgodny z prawem. Z drugiej strony szef NSA do dziś utrzymuje, że programy inwigilacji elektronicznej pomogły wywiadowi USA zapobiec zamachom terrorystycznym, a Edward Snowden jest zdrajcą, który obniżył bezpieczeństwo kraju. W podobnym tonie wypowiada się również szef niemieckiego wywiadu, dla którego Snowden od początku był agentem rosyjskich służb specjalnych realizującym operację wywiadowczą i propagandową na polecenie Federacji Rosyjskiej. Stała Komisja Kongresu USA ds. Wywiadu opublikowała 36-stronicowy raport, będący podsumowaniem trwającego ponad dwa lata śledztwa dotyczącego wycieku tajnych dokumentów Narodowej Agencji Bezpieczeństwa w czerwcu 2013 roku. Z krótkiego fragmentu dokumentu, który trafił do publikacji, rysuje się obraz Snowdena jako sfrustrowanego pracownika mającego tendencje do konfabulacji. Według raportu wykradzione przez niego dokumenty nie miały nic wspólnego z ochroną prywatności obywateli, lecz miały „wielkie znaczenie dla prowadzonych przez Departament Obrony programów wojskowych i wywiadowczych”.

Wolność czy bezpieczeństwo

Pytanie o słuszność tego, co zrobił Snowden, próbuje się często zamienić w konflikt wartości. Czy wybieramy bezpieczeństwo państwa i obywateli, kosztem inwigilacji naszego życia oraz łamania praw, czy też nie jesteśmy w stanie poświęcić naszych praw i wolności, mimo widma większego zagrożenia terroryzmem? Moim zdaniem jest to z gruntu fałszywe pytanie. Wszystkie rządy, powołując się na nasze bezpieczeństwo, wprowadzają prawa, które ograniczają nasze wolności obywatelskie – zwiększając w ten sposób swoją władzę. Robili to również polscy politycy reprezentujący różne obozy. Po zamieszkach, jakie miały miejsce 11.11.2013 r., ówczesny prezydent Bronisław Komorowski przygotował ustawę radykalnie ograniczającą wolność zgromadzeń. Obecny rząd uchwalił tzw. „ustawę policyjną” i tzw. „ustawę antyterrorystyczną”, których wiele zapisów budzi niepokój zarówno polskich, jak i zagranicznych instytucji zajmujących się ochroną praw człowieka. Za każdym razem politycy przedstawiają nam alternatywę: albo świat, gdzie będziecie skazani na niemal codzienne zamachy terrorystyczne, albo świat totalnej inwigilacji. Co wybieracie? Wybór jest zerojedynkowy. Tymczasem to fałszywy dylemat. Nikt przecież nie postuluje świata, gdzie nie byłoby policji ani służb specjalnych. Chodzi o to, by te służby działały w granicach prawa i pod demokratyczną kontrolą, byśmy jako społeczeństwo sami mogli wybrać, co jesteśmy, a czego nie jesteśmy w stanie poświęcić w imię większego bezpieczeństwa. I aby żaden „układ w imię naszego bezpieczeństwa” (cytując film Stone’a) nie był zawierany ponad naszymi głowami.

Gdy myślę o rządach państw, które w imię poprawy bezpieczeństwa ograniczają kolejne prawa obywatelskie, przypomina mi się scena otwierająca film Sidneya Lumeta „Rewizja osobista” z 2004 roku. Otóż w jednej z amerykańskich szkół nauczyciel zwraca się do swoich uczniów: „przyjmijmy teoretycznie, że rząd Stanów Zjednoczonych mógłby na zawsze zlikwidować terroryzm, ale tylko wtedy jeśli przez jeden dzień zrezygnujecie ze wszystkich swoich praw obywatelskich. Czy zgodzilibyście się na to?”. Cała klasa zgadza się bezrefleksyjnie. „A gdyby rząd zapewnił, że zlikwiduje terroryzm na zawsze, jeśli zrezygnujecie ze wszystkich swoich praw na tydzień? Czy zrobilibyście to? Dajcie spokój! To tylko tydzień!” – kontynuuje nauczyciel. Tym razem głosy są już bardo podzielone. „A jeśli byłby to miesiąc? Rok? 10 lat? Całe życie…”. Na twarzach uczniów rysuje się coraz większe przerażenie, a w ich głosach coraz większy sprzeciw. Ten strach i sprzeciw powinien być dziś również naszym udziałem. Już poświęciliśmy wiele naszych wolności dla poczucia bezpieczeństwa. Pytanie – czy dziś czujemy się bezpiecznej i czy naprawdę wierzymy, że gdy umiera wolność, rodzi się bezpieczeństwo?

Ocena: 7/10

MAREK NOWAK

 

1 komentarz

Pozostaw swój komentarz

<

PRZYSZŁOŚĆ DEMOKRACJI #EuropeanTownHall Meeting 2018

Odwiedź nas

twitter

POLECAMY