Lewicowy portal codziennych informacji i opinii

Piotr Matejczyk: Żydzi, prawica, problem

Odstęp wiersza+- ARozmiar czcionki+- Drukuj ten artykuł
Piotr Matejczyk: Żydzi, prawica, problem

O problemie prawicy z relacjami polsko – żydowskimi pisze Piotr Matejczyk.

5 lutego działacze Ruchu Narodowego zorganizowali pod Pałacem Prezydenckim pikietę, podczas której domagali się podpisania przez prezydenta słynnej już na cały świat nowelizacji ustawy o IPN. Skandowali hasła w rodzaju „Dość żydowskich kłamstw”, śpiewali: „Koniec wesela, wracajcie do Izraela”, na transparencie pojawił się też napis adresowany bezpośrednio do Andrzeja Dudy: „Zdejmij jarmułkę, podpisz ustawę”. Wspominano „żydokomunę” i „żydowskie zbrodnie na Polakach”. Krakowskie Przedmieście stało się świadkiem specyficznej rekonstrukcji historycznej, obejmującej cały wachlarz haseł typowych dla międzywojennej endecji. Prezydent złożył podpis już następnego dnia (jednocześnie pro forma kierując ustawę do opanowanego przez PiS Trybunału Konstytucyjnego).

 

Można powiedzieć, że ta manifestacja środowisk narodowych ostatecznie potwierdziła ich głęboko antysemicką tożsamość (bo zdarzali się do tej pory ludzie polemizujący z tym faktem). Ruch Narodowy, mimo że śladowo obecny w Sejmie dzięki Pawłowi Kukizowi, wciąż jest środowiskiem dość marginalnym. Warto natomiast poddać skromnej analizie skomplikowany stosunek naszej prawicy głównego nurtu do „sprawy żydowskiej”.

 

Od Wałęsy do Dudy

 

Pierwszym politykiem, który w wolnej Polsce zagrał kartą antysemicką, był szczerze dziś nienawidzony przez polityków PiS Lech Wałęsa. W kampanii prezydenckiej w 1990 roku legendarny lider „Solidarności” nie tylko jawnie kokietował na wiecach skrajną prawicę („Polska jest tak moja, jak i twoja – skinu jeden”), ale także zarzucił „niearyjskie” pochodzenie swemu głównemu rywalowi Tadeuszowi Mazowieckiemu (trzeba przyznać, że po latach za tę haniebną zagrywkę przeprosił). W 1995 roku, też podczas kampanii, w podobny sposób próbowano zwalczać Aleksandra Kwaśniewskiego, jednak tym razem zupełnie bez powodzenia.

 

Oczywiście wielkim przełomem w relacjach polsko-żydowskich była ogólnonarodowa debata wywołana publikacją „Sąsiadów” Jana T. Grossa – ale oprócz podjętej z sukcesem (głównie przez elity orientacji lewicowo-liberalnej) próby przepracowania ciemnych kart naszej historii pojawiła się również reakcja odwrotna, tzn. wyparcie i syndrom oblężonej twierdzy. Środowiskiem organizującym formację „negacjonistów” stało się m.in. medialne imperium obrotnego redemptorysty z Torunia.

 

Jedwabne powróciło niespodziewanie podczas kampanii prezydenckiej z 2015 roku. W telewizyjnej debacie przed II turą Andrzej Duda zaatakował urzędującego prezydenta Bronisława Komorowskiego, rzekomo niedostatecznie broniącego polskiej czci na tle sprawy mordu dokonanego przez mieszkańców podlaskiej miejscowości na swoich żydowskich sąsiadach. Okazało się, że w tym wypadku rodzinne relacje (teść Dudy Julian Kornhauser jest autorem m.in. głośnego wiersza na temat pogromu kieleckiego) nijak nie przekładają się na jakąś szczególną wrażliwość wobec relacji polsko-żydowskich.

 

Endecja zamiast chadecji

 

Podczas ostatniej tzw. „miesięcznicy smoleńskiej” Jarosław Kaczyński wypowiedział znamienne słowa: „Dziś wrogowie Polski, można powiedzieć, że diabeł, podpowiada nam pewną bardzo niedobrą receptę, pewną ciężką chorobę duszy i umysłu. Tą chorobą jest antysemityzm. Musimy go zdecydowanie odrzucać”. Skądinąd godny pochwały apel prezesa skierowany do jego najgorliwszych wyznawców jasno wskazuje, że ma on świadomość wagi problemu. To jednak nie wrogi Polsce diabeł podpowiada ludowi pisowskiemu niecne recepty, lecz sama polityka rządzącej partii.

 

Warto w tej chwili na moment cofnąć się do lat 90. i historii upadku pierwszej partii Kaczyńskiego – Porozumienia Centrum. Zacytujmy fragment wywiadu, jakiego Kaczyński w 1994 udzielił Teresie Torańskiej (to bodaj jeden z niewielu udokumentowanych przypadków, gdy obecny lider PiS mówi absolutnie szczerze): „[A. Macierewicz] Mówił mi: słuchaj, ty żeś wymyślił partię nowoczesną, w stylu zachodnioeuropejskim, odciętą od wszystkich bagaży polskich tradycji z antysemityzmem i nacjonalizmem na czele, i ja się z tobą – generalnie rzecz biorąc – zgadzam, ale ty nie widzisz tego społeczeństwa. To społeczeństwo – tłumaczył mi – żyło 50 lat w stanie zamrożonym i jest z Sienkiewicza, a nie z końca XX wieku i jeżeli ma ono być w ogóle uporządkowane, zmobilizowane, to jemu trzeba dać to, co przystaje do jego świadomości”[1]

 

Kaczyński poszedł więc za radą Macierewicza i – miast budować cywilizowaną europejską chadecję, „polską CSU” – odniósł w 2015 roku ostateczny sukces jako lider formacji ludowo-narodowo-katolickiej – z całym bagażem przesądów jej neoendeckiego elektoratu. Notabene ten sam Macierewicz potrafił umiejętnie dowartościowywać twardy elektorat prawicy, zastanawiając się m.in. publicznie nad kwestią autentyczności „Protokołów Mędrców Syjonu”.

 

Sojusz niemożliwy

 

Od zwycięskich dla PiS wyborów 2015 roku jesteśmy co jakiś czas świadkami prób cofania polskiej świadomości historycznej do czasu sprzed debaty wokół „Sąsiadów”. Minister edukacji (!) Anna Zalewska oglądana przez miliony telewidzów nie potrafi określić, kto dokonał mordu w Jedwabnem i pogromu kieleckiego; zwycięski kandydat na prezesa IPN dr Jarosław Szarek w trakcie posiedzenia sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka twierdzi, że „wykonawcą tej zbrodni byli Niemcy”; wreszcie niedawno senator PiS i profesor historii (!) Jan Żaryn przekonuje zupełnie na poważnie, że w czasie wojny Polacy znajdowali się w sytuacji gorszej niż Żydzi. Niejako na deser ekscentryczny doradca prezydenta prof. Andrzej Zybertowicz i niedoszły twórca genialnej MaBeNy postanawia zabawić się w domorosłego psychologa i diagnozuje „izraelski antypolonizm” jako skutek głęboko skrywanego żydowskiego wstydu za bierną postawę wobec Holocaustu…

 

Podczas gdy powołany do specjalnej polsko-izraelskiej grupy roboczej Bronisław Wildstein przekonuje, że za antysemicką nagonkę z marca 1968 roku odpowiadają tylko i wyłącznie „komuniści” premier Mateusz Morawiecki ogłasza, że Polsce – jako jedynemu krajowi! – należy się specjalne drzewko w Instytucie Yad Vashem. Prezentując zupełnie niezrozumiały w Europie, komiczny wręcz poziom megalomanii narodowej Morawiecki – który miał przecież łagodzić nadszarpnięty międzynarodowy wizerunek Polski – de facto składa Żydom propozycję, samej Europie rzucając jednocześnie wyzwanie: jeśli Żydzi są z oczywistych przyczyn strażnikami historii Holocaustu, niech Polacy będą „latarnią narodów”, zbiorowym wzorcem zachowania wobec konstytuującej świadomość kontynentu Zagłady.

 

Ta pokraczna wizja wymuszonego braterstwa polsko-żydowskiego zbiega się z obecną od lat na polskiej prawicy fascynacją państwem Izrael, jego „polityką historyczną”, dyplomatyczną skutecznością i militarną siłą. Lech Kaczyński, wielki przyjaciel Żydów, bardzo cenił byłego izraelskiego premiera gen. Ariela Szarona, postać moralnie dwuznaczną, lecz niewątpliwie żarliwego patriotę. Przed paroma miesiącami Jarosław Kaczyński na spotkaniu z przedstawicielami społeczności żydowskiej przewrotnie bronił Izraela, bijąc się w cudze piersi i głosząc ekstrawagancką tezę, jakoby największy problem z antysemityzmem miała… zachodnioeuropejska lewica, krytyczna wobec izraelskiej okupacji terytoriów palestyńskich.

 

Konstruowany przy pośrednictwie kontrowersyjnego lobbysty i PR-owca Jonny’ego Danielsa karkołomny sojusz PiS-u z izraelską prawicą nie mógł się udać także z tego powodu, że rządząca Izraelem koalicja jest jeszcze bardziej nacjonalistycznie nastawiona niż sam PiS. W efekcie rząd zafundował Polsce ustawę ostatecznie przekształcającą IPN w policję historyczną, bezprecedensowy konflikt z Departamentem Stanu USA oraz eskalację nastrojów antysemickich. Prawica chciała dobrze, wyszło jak zawsze.

PIOTR MATEJCZYK

 

[1] Teresa Torańska, „My”, 1994

1 komentarz

  1. Karol 09:45, Lut 19, 2018

    Nieszczęście polega na tym, że pozwoliliśmy zagrabić pamięć Holocaustu państwu Izrael i diasporze żydowskiej. Ofiarą Holocaustu nie był naród, ale ludzie i dlatego nikt nie ma prawa czynić sobie z niego prywatnej religii.

Pozostaw swój komentarz

<

PRZYSZŁOŚĆ DEMOKRACJI #EuropeanTownHall Meeting 2018

Odwiedź nas

twitter

POLECAMY